Mamo rosnę
Jest nas 2541
Powrót

Wege Przepis

Wielokrotnie pytana "Jak to się zaczęło?" odpowiadam niezmiennie: "Nie pamiętam jak. Tak naprawde, pamiętam tylko, jak fantastycznie się poczułam kiedy podjęłam tę decyzję..." Bo właśnie miarą trafnych decyzji jest według mnie dobre samopoczucie. Zaczęło się to 16 lat temu... "przy okazji" początku samodzielnego życia... może potrzebna była mi moc wynikająca z samostanowienia o sobie? A może to była potrzeba zwrócenia na siebie uwagi? Moja babcia płakała wtedy, bo "jak ja przeżyję bez mięsa?!" Będę chora przecież i szybko umrę". Rodzice przeżywali to mniej dramatycznie, ale do dzisiaj wyczuwam w głosie mojego ojca tę nutkę troski kiedy robi mnie i moim dzieciom warzywa na obiad. Według nas - pełnowartościowy obiad, według niego ten obiad to "tylko warzywa".

Przez te wegetarianskie 16 lat spotkałam się z wieloma bardzo różnymi reakcjami innych ludzi; byłam przepytywana, podważano wielokrotnie moją decyzję (pamietajmy, że były lata 90-te...), spotkałam się też z pewną formą agresji ze strony osób jedzących mięso: zaglądanie do mojego talerza, komentarze, pytania z cyklu "to co ty biedna jesz?" utwierdzały mnie jedynie w przekonaniu, że podjęłamą decyzję. Ja nie zaglądałam i nie zaglądam ludziom do talerzy komentując, "widzę kawałki czyjegoś ciała" i "jak można to jeść". Krótko mówiąc: zastanawiam się wielokrotnie skąd u niektórych tak wysoki poziom agresji i "napadania" na innych... Nie chcę dzielić ludzi na jedzących mięso i niejedzących mięsa; staram się tolerować wybory innych, nawet jeśli uważam, że nie są słuszne. Obserwuję jedynie to zjawisko od lat i widzę pewne cechy wspólne u wegetarian - ludzi o niebywale spokojnym uosobieniu, których wyjątkowo
ciężko jest wytrącić z równowagi jednocześnie tocząc z nimi niezwykle ciekawe dyskusje, w których nie atakują nikogo i niczego. Wygląd zewnętrzny wegetarian jest dla mnie czymś, co jest wlłaściwie zjawiskiem powszechnym.

Mam 34 lata, głupio tak pisać o sobie samej, że wyglądam młodo, a moja skóra jest idealnie gładka i nie mam też większych problemów ze zdrowiem, ale to są fakty. Być może powodem jest fakt, że jest to "dieta" i wszyscy, którzy ją stosują przywiazują zawsze więcej uwagi do tego, co jedzą; zwyczajnie myślą o tym, co zaraz włożą do ust. Nie lubię jednak słowa "dieta" - kojarzy mi sie z meczarnią, z odmawianiem sobie przyjemności, z zasysaniem żołądka, ze smutkiem. Wolę wyrażenie "sposób odżywiania", bo to oznacza, że odżywiam moje ciało, dostarczając jednocześnie mojemu podniebieniu przyjemności w postaci pysznego jedzenia, które - spływając do żołądka - karmi jednocześnie moją duszę sprawiając, że jestem niezwykle zadowolonym, dobrze najedzonym i szczęśliwym człowiekiem.

Parę słów o tym kim jestem poza byciem wegetarianka? Wiek już podałam, prowadzę swoją firmę o nazwie Pora Relaksu, ktora zajmuje się... dostarczaniem ludziom powodów do dobrego samopoczucia. Tak, tak, organizacja imprez... /kurcze nie lubie sie przechwalać/; przy pisaniu scenariuszy nie ogranicza mnie nic, tak więc wymyślam, organizuję, projektuję, realizuję. W mojej pracy najważniejszy jest kontakt z ludźmi - uwielbiam ludzi, nawet jak narzekają! Ponadto kocham muzykę, jestem didżejką, mamy z przyjaciółmi projekt muzyczny beatsfriendly.pl. Wydalismy 2 albumy... Czasem wyjeżdzam do innych miast w weekendy, zwiedzam nocne kluby, poznaję nowych ludzi, słucham muzyki, patrzę na świat przez okno pociagu i rozmyślam.

Jestem też mamą nastoletnich już /13/ bliźniaczek Sary i Nadii - wegetarianek od urodzenia. Nie bedę pisać, że było łatwo i przyjemnie, bo przecież nie uwierzylibyście w taką opowieść. Zresztą podstawowa zasada, ktorą wpajam od lat moim dzieciom jest "mów prawdę, choć wszyscy wiemy, jakie to trudne". Więc prawda jest taka, że ciężko było ze względu na nawał obowiazków towarzyszacych pierwszym miesiacom życia moich dzieci, podwójnych obowiązków. Ale jeszcze ciężej było podjąć decyzję o wegetariańskiej diecie niemowląt. Bo to trochę jak eksperymentowanie na swoim dziecku. A ekperymenty mają to do siebie, że mogą się powieść, ale wcale nie muszą. Mój "eksperyment" na szczęście się udał i moje dzieci rozwinęły się w przepiękne dwie istoty, na które patrzę z dumą i ogromnym szczęściem. Patrzę na ich błyszczące oczy, piękne, bujne włosy, zęby, w których nie mają ani jednego (!) ubytku ani wypełnienia. Patrzę jak gotują zdrowe rzeczy, jak wybierają w sklepie ciemne pieczywo i szukają ładnej sałaty, jak przypominają mi o kupnie szpinaku... jak patrzą na mnie w sklepie inne matki i jak czuję wtedy, że rosną mi skrzydła... Albo te cudowne chwile jak ta, kiedy idąć pierwszy raz do przedszkola i odbierając je po tym pierwszym dniu usłyszałam, "że pani dzieci zjadły wszystko to, co zostawiły na talerzu inne dzieci, czyli warzywa i surówki..."
Jak każda matka mogłabym pisać peany na temat własnych dzieci, które są oczywiście zawsze najlepsze i najpiękniejsze. Ale moje takie właśnie są. To znowu fakt :-)

Ale na poważnie: uważam, że największym sukcesem jest to, że wpajając zdrowe nawyki żywieniowe od najmłodszych lat przysługujemy się naszym dzieciom na całe życie. Ponieważ "czym skorupka za młodu nasiąknie..." Wierzę, że te nawyki zostana przekazane dalej i jeśli moje dzieci nawet zaczną kiedyś jeść mięso (nie zabroniłam im tego i nigdy tego nie zrobię!) wierzę, że będą się zawsze świadomie odżywiać. A jeśli odżywiasz się świadomie - inne rzeczy też robisz świadomie. Ja na przykład świadomie się lenię. Moją ulubioną formą spędzania wolnego czasu jest odpoczywanie i polegiwanie z książką lub przed tv (tak! tak!). Przez lata wegetarianizmu zostałam zmuszona przez siebie samą do opracowania przepisów kulinarnych, które nie angażują nawet 1/4 mojego dnia. Będę się nimi dzielić z Wami regularnie, co zmusi mnie również do kreatywnego działania kiedy skończą się moje dotychczasowe zapasy przepisów, za co już dzisiaj Wam serdecznie dziękuję :-)

A oto pierwszy z nich:

Przepis na superzdrowe kotlety z płatków owsianych (jeśli twoje dziecko na widok owsianki mówi "fuj")
szklanka płatków owsianych
szklanka i 1/4 wody
kostka warzywna
ząbek czosnku
cebula pokrojona w plasterki (nie chce mi sie siekac)
opcjonalnie puszka czerwonej fasolki Kindley
majeranek
jedno jajko
bułka tarta
łyżka oleju

Szklankę płatków owsianych (ja wybieram błyskawiczne) zalej szklanką i 1/4 wody i dodaj kostkę rosołową lub bulionem w proszku (polecam te kupione w sklepie ze zdrową żywnością bez konserwantów) i gotuj na małym ogniu, aby powstała breja przypominająca wyglądem owsiankę (musi być miękka), odstaw.
W tym czasie na oliwie podsmaż czosnek i cebulę, dodaj do płatków, dopraw solą i pieprzem.
To jest podstawowa wersja kotletów, możesz do niej dodać jajko i w razie potrzeby zagęścić bułką tartą, uformuj kotlety, obtocz w bułce i usmaż.
Możesz też wymyślić dodatki - moje dzieci najbardziej lubią wersję z dodatkiem czerwonej fasolki z puszki. Dodaj puszkę fasolki do owsianki z cebulą i czosnkiem i rozgnieć ją widelcem. Ja lubię też wersję z dodatkiem majeranku. Następnie dodaj jajko, zageść (w razie potrzeby) masę, uformuj kotlety i obtocz w bułce i usmaż. Gotowe. Zajmuje to nie wiecej niż 15 minut. Kosztuje grosze... Polecam kaszę kuskus (gotowa w 5 minut) oraz surówkę lub sałatę w zależności od upodobań. Obiad gotowy w 20 minut! I tyle czasu na leniuchowanie...
 
 
Zarejestruj się
Klub uskrzydlonych | Przyjazna przestrzeń | Galerie | Forum | Bank czasu | Zmieńmy coś razem | Mama prowadząca | Mamo rosnę | Inspiracje

Podaj swój email i hasło

Twój adres email:
Twoje hasło:
Nie pamiętasz hasła?

Nie posiadasz jeszcze konta? Zarejestruj się »

Dodaj swój komentarz

Twoja wiadomość:

Komentarze

Brak komentarzy dla tej strony.
Sopexa